Najnowsze wpisy

9:42 PM

Kochaj, kochaj, kochaj!

Kilka lat temu, kiedy macierzyństwo było jeszcze tylko w obszarze moich niespełnionych marzeń, a depresja, niczym pętla, odbierała mi dopływ powietrza...trafiłam w księgarni na książkę.

( Warto tutaj wspomnieć, że wydawanie pieniędzy na książki nigdy nie było moim hobby. Wolałam biblioteki. Ale coś do mnie mówiło: "Kup mnie, kup mnie". No i kupiłam. )

To była książka Reginy Brett "Bóg nigdy nie mruga", 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu. Byłam oczarowana, miałam wrażenie, że ta książka trafiła w moje ręce nie przez przypadek, że to była boska interwencja. Bez kitu.
Wtedy miałam naprawdę ciężki czas. Taki najgorszy, jak do tej pory, w życiu. Połowę dnia przepłakiwałam, a drugą połowę spędzałam nad zastanawianiem się - Dlaczego ja? Dlaczego, Boże, tak mnie karzesz? 
Ta książka dała mi siłę. Zamiast wyć w poduszkę, zaczynałam czytać. 

Czekałam z utęsknieniem na kolejne książki Reginy. Gdy pojawiła się druga część - "Jesteś cudem", napisałam o moich przemyśleniach na blogu ( O TU ). 
Wyobraźcie sobie, że ten wpis przeczytała Pani redaktor z wydawnictwa INSIGNIS, które wydaje książki Reginy Brett. Poznała z bloga moją historię i wysłała mi książkę z podpisem autorki, takim specjalnie dla mnie :)  Byłam w totalnym szoku. Taki bezinteresowny prezent, dla mnie?

Dziś ta Pani redaktor to moja przyjaciółka, okazało się, że oprócz miłości do Reginy Brett, łączy nas milion innych spraw. Przemyślenia, doświadczenia, spojrzenie na życie, rodzinę i miłość :)
I jestem pewna, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Bo przecież...czy to mógł być czysty przypadek? Nie sądzę! :)

Wczoraj w Gdańsku, Regina Brett miała swoje autorskie spotkanie, dotyczące jej najnowszej książki "Kochaj". A ja miałam możliwość spędzić z Reginą 15 minut na osobności <3 Podczas całego spotkania robiłam zdjęcia czytelnikom. A na koniec, dostałam nawet od Reginy kwiaty. ( Ale nie, żeby je dla mnie kupiła ;) Po prostu dostała ich tak wiele, że nie miała jak się z nimi zabrać :) )


To dopiero szok! 
Psychologia mówi, że nigdy nie powinno się czuć, że się na coś nie zasłużyło - ale ja tak czułam. Jakby trafił się mi skarb, który się mi nie należy... I dziś, aż trudno mi uwierzyć, że rzeczywiście wczoraj siedziałam z Reginą przy jednym biurku w kanciapie w Empiku ;)




Zastanawiacie się, jaka Ona jest?

Jest wspanialsza niż sobie wyobrażałam. Ciepła, pełna dobra i uważności. Ludzie, podchodzący do niej po autograf, opowiadali jej często bardzo intymne historie, dziękowali za pomoc w najtrudniejszych chwilach, niektórzy płakali. A Regina, autentycznie się wzruszała. Każdego przytulała. Z każdym robiła sobie zdjęcie.






Zaczynam czytać tę nową książkę. Za mną dopiero kilka lekcji, ale już wiem, że znów potrzebuję tych słów. I że pojawiły się... w idealnym dla mnie momencie.
Jak zwykle.

Przypadek?
Nie sądzę.








1:37 PM

Nerwica i jesień w pełni.

Jestem i żyję. Wiem, że czasem tu jeszcze zaglądacie, nawet, gdy dłużej milczę... Ostatnio wspominałam mój projekt :"Zapamiętaj każdy dzień" ( znajdziecie go TU), niesamowite...ile ja miałam wtedy czasu ;)
Wrzesień i październik dość ostro dały mi się we znaki. Mimo, że pracę mam ustawioną na 3 dni w tygodniu ( ale pracuję po 9-10h dziennie, a jestem poza domem ponad 12), to nie mam po prostu na nic czasu. Już we wrześniu zaczęłam mieć problemy ze snem, pogorszyły mi się też jelita ( i to bardzo). Sterydy biorę już ponad pół roku i choć nie przytyłam znacznie, to moja buzia bardzo się zniekształciła. I nie miałam z tym problemu np. w wakacje, gdy czułam się naprawdę dobrze. Myślałam sobie wtedy - a co tam, to tylko buzia, liczy się zdrowie...to obecnie, gdy moja buzia wygląda jak księżyc w pełni,a jelita robią co chcą - to wkurzam się, ilekroć spojrzę w lustro. Unikam zdjęć jak ognia... ;/
W pracy zaczęłam dostawać nowe obowiązki  - jest ich tak wiele, że żeby ze wszystkich się wywiązać, siedzę codziennie do 23-24 przy laptopie...a i tak nie wyrabiam... A ja nie potrafię robić niczego na pół gwizdka... I to jest chyba mój problem. Nie potrafię odpuścić i dać sobie luzu. Nie muszę wszystkiego zrobić na 100%... Moj bezsenność się nasiliła, wszystko zaczęło mnie irytować i frustrować. W szkole zamiast kubka z kawą ( której i tak nigdy nie piję) robiłam sobie napar z potrojnej melisy. I nic. Nic, cholera jasna, nie pomagało.
A gdzie miejsce na bloga? No właśnie - zabrakło...

W zeszłym tygodniu moje życie nagle sprawiło mi małą rewolucję. Na drugiej wtorkowej przerwie odebrałam telefon. Dzwoniła Pani dyrektor ze szkoły w moim mieście, zaproponowała mi pracę od nowego semestru ( dzięki czemu zachowuję okres wypowiedzenia)... To nie była prosta decyzja. W mojej obecnej szkole pracuję prawie 10 lat. To tu nauczyłam się wszystkiego, ukierunkowałam to, kim chcę być w mojej nauczycielskiej drodze... poza tym teraz czuję się bardzo doceniania i szefostwo jest dla mnie wyrozumiałe. Ale mam dość dojeżdżania po 1,5h w jedną stronę, stresu, że jeśli zadzwonią z przedszkola czy żłobka, że któreś rzyga albo ma temperaturę... to dotrę po dzieci dopiero za 2,3h... I podjęłam decyzję. Zmieniam pracę.
Nadchodzi nowe, nieznane i nie wiem czy bardziej się cieszę, czy bardziej boję. Ale na pewno, mimo wszystko, taka zmiania jest mi potrzebna. Czuję, jakbym odmłodniała. Jakbym miała znowu prawo do błędów. I choć rozmowa z moim obecnym dyrektorem nie była łatwa, ani dla mnie, ani dla niego,choć przede mną więcej niewiadomych niż pewniaków, choć wszystko może nie pójść po mojej myśli i mogę żałować swojej decyzji... to śpię dużo lepiej...

 W wolnych chwilach, dla relaksu i w ramach hobby - wciąż fotografuję i to na coraz większą skalę.
Zapraszam Was na wspólny jesienny spacer.











A co u Was kochani? Jesień daje Wam popalić, czy raczej jest przyjaźnie do Was nastawiona?

2:46 PM

Jesienne zabawy z dziećmi.

Ranek przywitał nas ciepłym słońcem, choć zanim wzeszło, na termometrze widniała cyfra 3. Tak, dokładnie - 3 stopnie Celsjusza było dziś na ranem. Chłodne poranki nie mogą kłamać - JEST JESIEŃ. Tyle na nią narzekałam, tak się jej bałam...a w tym roku, póki co... jest piękna. Piękna, ciepła, słoneczna POLSKA ZŁOTA JESIEŃ.
Zakatarzeni trochę, ale zaopatrzeni w czapki, szaliki i ciepłe polary, wyruszyliśmy dziś rano pozbierać skarby jesieni. Nasze zdobycze możecie zobaczyć TU.
Kilka skarbów już w doniczkach i miseczkach jesiennie ozdabia nasz dom :)


Jakiś czas temu kupiłam kawałek linoleum za 5zł w Leroy Merlin, teraz służy mi, gdy malujemy farbami. Po rozłożeniu i nałożeniu farb na plastikowy talerzyk rozpoczęliśmy zabawę.


Leoś zamalowuje całe kartki informując mnie przy tym ( z ogromną ekscytacją), że właśnie namalował schody, albo "F" jak Leon ;)


Zamalowywaliśmy liście, dzięki czemu na kartce pozostawał kształt, a potem mogliśmy je odbić jak pieczątki.


Ale najwięcej frajdy sprawiło młodym, oczywiście, malowanie siebie! No i skoro zgodziłam się na dłonie, to pomalowane było wszystko. Łącznie z brzuchami, szyją, ciuchami :) Młoda zresztą od razu cała się wysmarowała i dlatego występuje w tak skąpym odzieniu ;P





Z  naszych rąk powstało jesienne drzewo miłości :)  Które koniecznie musiało ozdobić nasz kominek.



Były też prezenty laurki dla taty.




 I kolorowanie ;)


A na koniec czekały mnie...dwie godziny sprzątania. Kąpanie dzieci w zlewie, kłótnia zakończona bójką o to, kto pierwszy wsadzi stopę pod kran, dwie histerie, zsikanie w majtki przez synka, rozlana herbata na narożnik,  ogarnianie smuteczków pt. " Dlaczego na drzewie jesieni nie ma rączki taty?", szybki obiad w postaci makaronu z jajkiem, który w końcu jadłam sama, bo Leonowi bardziej smakował mój, z pesto...ponowne kłótnie i dwie histerie...

Ach, pięknie być mamą, co nie? :) <3

9:17 AM

Tylko mnie kochaj.

Dziś o 22.02 nadejdzie ASTRONOMICZNA JESIEŃ. Ci, co są ze mną, choćby tylko na blogu, już jakiś czas, wiedzą, że nie jest to moja ulubiona pora roku. Jestem senna, zamulona, smutna i wiecznie głodna, ręce i stopy mam całe lodowate i chodzę, trzęsąc się z zimna, w trzech grubych swetrach, nawet, gdy wszyscy inni paradują w krótkich rękawkach.
Czasem myślę, że powinnam urodzić się w Portugalii albo Hiszpanii. Ale Polskę kocham, więc postaram się więcej nie narzekać :)

Cały ten tydzień byłam samotną matką. Mąż wyjechał na szkolenie do Warszawy i pierwszy raz odkąd mamy dzieci rozstaliśmy się na dłużej niż jedną noc. Tydzień minął dość koszmarnie. Mam spore problemy z zaostrzeniem WZGJ ( wrzodziejące zapalenie jelita), więc sił mniej i stres większy, a obowiązki nie poczekają, aż wyzdrowieję. Do pracy jadę godzinę, tyle samo z niej wracam, a tu dzieci trzeba obudzić, nakarmić, ubrać, umyć im zęby, zawieźć do żłobka i przedszkola...a potem odebrać przed 17 ( co było niemożliwe, bo mam zajęcia do 16.20, na szczęście pomogli mi teściowie). Maluchy płakały za tatą, czasem przez godzinę nawet, budziły się w nocy i prosiły, by je przytulił i żeby już był piątek... Wczoraj Leoś wymiotował i miał temperaturę, więc jestem na opiece. Dziś niby ok, ale boli go brzuszek i nóżki. Na szczęście już dziś wieczorem mąż wraca.<3 To podzielę stres na pół ;) i będzie mi lżej.

Jest jednak jeden plus tej całej sytuacji. Mój mąż nie jest wylewny ( zupełnie odwrotnie niż ja), nie żeby był zimny, ale ja mogłabym się tulić od rana do nocy, a on jest bardzo praktyczny, ciągle ma coś do zrobienia, wiecznie ma plan działania i nie ma czasu na takie...ehmm ...głupoty, częściej niż raz w ciągu dnia i to tuż przed snem. Zawsze twierdzi, że faceci tak mają. Ale ja wiem, że to zależy od człowieka. I staram się skupiać na wielu innych jego zaletach ( które już tylko nieliczni faceci mają) :) Przez lata naszej wspólnej drogi oswoiłam się z tym, ale to nie znaczy, że mi tego nie brakuje. Teraz, gdy wyjechał, naprawdę za nami tęsknił. Codziennie mówił mi tyle miłych rzeczy, że zaczęłam się zastanawiać, czy sobie tego nie nagrać na przyszłość i nie puszczać w kryzysowych sytuacjach :)

Powiedzcie mi szczerze, bo jestem bardzo, bardzo, bardzo (!) ciekawa, jak to jest u Was? Kto jest bardziej wylewny - Wy czy Wasi partnerzy? Czy czułość jest wyrażana u Was poprzez słowa, gesty, a może nie potrzebujecie tego, bo każdego dnia w inny sposób odczuwacie, że jesteście kochane i ważne?? I jak to jest z tą miłością? Czy to, jak pokazują ją w filmach i jak piszą o niej w książkach, ma przełożenie na codzienność i to taką, gdy pojawiają się problemy, dzieci i codzienność pełna trudności?




9:48 PM

Las w słoiku.


Za oknem 13 stopni. Wiatr wieje tak mocno, że pierwszy raz w życiu puszczaliśmy latawce.
Wczoraj wracałam z pracy, jechałam samochodem przez centrum Gdańska, a żółte liście tańczyły na wietrze, jak kwiaty, rzucane na moją drogę. Poruszający widok.
Ale zaczyna się też we mnie jesienna melancholia. Płaczę przy piosenkach, wzruszają mnie pytania dzieci, myślę o przemijaniu...
Dzieci mi wyrosły, można z nimi normalnie porozmawiać, pamiętają co mówię, czasem lepiej ode mnie, pomagają mi odnaleźć zgubiony telefon, przynoszą torebkę, trochę sprzątają ( brudzą więcej).
Ostatnio zabrałam Melkę i Leosia na pierwszy jesienny spacer i zbieraliśmy przeróżne skarby, by stworzyć las w naszym domu, a konkretnie... las w słoiku,pomysł ten już od jakiegoś czasu zaprzątał mi głowę.

Zebraliśmy:
1) mech
2) koniczynkę leśną
3) wrzos
4) trzmielinę
5) bluszcz
6) rojniki ( roślinki ze skalniaka)
7) kamienie
8) korę

dodatkowo potrzebowaliśmy:

9) węgiel aktywny
10)keramzyt
11)ziemię do kwiatów
12)2 duże słoiki ( w naszym przypadku szklany wazon z przykryciem na cukierki i duża szklana kula, w której kiedyś mieszkała nasza rybka)
13)spryskiwacz i woda


W wiaderkach dary przydźwigane przez dzieciaki ze spaceru.
Chcecie też wykonać las w słoiku w swoim domu? Oto przepis:

 Słoiki trzeba wymyć i wysuszyć. Na dno wysypać węgiel aktywny, zasypać keramzytem i warstwą ziemi.


 Następnie delikatnie wkopać roślinki w pewnych odstępach od siebie. W pust miejsca włożyć mech. Można dodać kamyki, korę i jeśli kogoś urzekają to małe figurki zwierzątek :)


Do pomocy nie trzeba zaciągać dzieci. Same przyjdą :)

 Na koniec spryskać roślinność bardzo małą objętością wody ( ok. 5 ml).




Gdy ja wyszłam na taras sfotografować las, mój syn wykorzystał czas i stworzył swój własny las...w doniczce. Poupychał wszystko co znalazł i ugniótł kawałkiem kory. Heh.
 A ponieważ moja kula nie miała zatyczki, musiałam wykonać własną.  Obłożyłam spód drewnianego plastra folią i przykleiłam klejem na gorąco. Całość wykończyłam sznurkiem.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że lasu nie trzeba  podlewać, wystarczy tylko obserwować.
Jeśli stworzyliście lub stworzycie własny mały ekosystem - koniecznie pochwalcie się w komentarzu pod postem na fb :)


2:35 PM

W poszukiwaniu radości z nadchodzącej jesieni i ostatnia letnia metamorfoza.


Nie lubię jesieni. Nie lubię mokrych i coraz krótszych dni, zimnych poranków, błota i braku słońca. Nie lubię przymusowego siedzenia w domu, oglądania świata przez okno, szarówy w chacie, braku świeżych warzyw i owoców, nie lubię tej nostalgii, która mnie dopada i czasem wpędza w smutne i bardziej smutne stany.
Gdy zaczyna się wrzesień, ja zawsze marzę już o marcu. Marzę...o dłuższych dniach, zielonych drzewach, kwitnącej forsycji i tulipanach. W tym roku wyjątkowo odczuwałam tęsknotę za wiosną, ta, jak wiecie, miała moje (i zapewne kilku milionów Polaków) uczucia w d.. i przyszła, pokazała język i zniknęła na kilka tygodni. Lato też mnie nie rozpieściło. Taka nienasycona latem i jeszcze za nim stęskniona, rozpoczynam kolejną jesień oczekiwania... Przepełnia mnie strach o zdrowie dzieci, moją frekwencję w pracy i na studiach, w środku czuję niepokój, którego nie umiem się pozbyć, choć nie wiem, czy jest do końca racjonalny.
No dobra - widzę jakieś jasne strony nadchodzącej pory roku - mieniące się drzewa, zbieranie liści, żołędzi i kasztanów, robienie korali z jarzębiny, sesje zdjęciowe z dynią w roli głównej, wieczory przy świecach i serialach ( które wrócą nareszcie), a potem... oczekiwanie na święta, pachnący świerkiem dom, radość w oczach moich dzieci i magia, za którą tęskniłam tyle ostatnich lat...

Do pracy chodzę już od ponad tygodnia, więc jutrzejszy dzień będzie rozpoczęciem roku tylko dla moich dzieci. Dziś jeszcze czeka nas pakowanie wyprawki Leo i Ami.
Połowy rzeczy (typu przebranie ubrań do wyrzucenia, posprzątanie pracowni), które zaplanowałam na te wakacje - nie zrealizowałam.
Na szczęście już pod sam koniec sierpnia, udało mi się zrealizować przynajmniej jedną zaplanowaną rzecz:  odrestaurowałam stolik dzieci. Taki zwykły, ikeowski stolik LACK, który niestety niszczy się w zastraszającym tempie, a zakup nowego jest bezcelowy ( bo za dwa miesiące byłby tak samo zniszczony).
Jak już wcześniej pokazywałam TU, uwielbiam oklejać meble. Jest to o wiele szybsze i nie ukrywam, że tańsze i bardziej trwałe niż malowanie. Tym razem też postawiłam na naklejkę i również wybrałam PIXERS.
Na zdjęciach krok po kroku - szybka metamorfoza.





I finalnie stolik prezentuje się tak:


Aktualnie stolik dzieciom podkradłam i gdy nie jedzą na nim, służy nam za ławę, a mi za tło do zdjęć na IG :) ;)
Image and video hosting by TinyPic

A Wy lubicie jesień? Jakie dostrzegacie jej pozytywne strony?


Image and video hosting by TinyPic

Zasubskrybuj mnie :)

Klik!

TOP